W orgii żądz rozpasanych i konowań zbrodniczych,
W świście dusznych oddechów łon kipiących znojem,
W krwawych tętnach arteryj zmysłów tajemniczych
słyszę głos, co jak burza grzmi nad sercem mojem.
Echem dzikiej potęgi grozą przejmującej,
Tajnych bytu otchłani przenikając ciemnie,
Rozlega się złowrogi i tryumfujący
W tętnach świata - pode mną - wkoło mnie - i we mnie.
Głos woła: "Ja krew jestem...Życiem świata całem
Wstrząsam...Mózg ci się zmąci, gdy mój przypływ wzbierze,
Gdy jak gromem uderzę w twoje serce szałem,
Ty, bóg myśli zuchwałej, stracisz myśl, jak zwierzę.
Próżno, człowieku, wierzysz, że twój duch pokona
Potęgę mą odwieczną, ciemną, żywiołową -
Jam większy, niźli ogień, niźli toń szalona,
Niż powietrze, co grom zbiera nad twą głową.
Jam Ogień ziaren śmierci, Powietrze zarazy,
Jam pełen ziarna szaleństw i złych żądz nasienia,
Co wschodząc po sto razy i po tysiąc razy
Będzie rzucać na zbrodnie całe pokolenia.
W liczbie szaleństw (tych mędrcy, jako gwiazd nie zliczą),
Wzniecam nienawiść, zemstę, gniew kipiący pianą
I miłość, zbrodnie najmniej ze zbrodni zbrodniczą,
Lecz najbardziej złowrogą i niepokonaną.
Przede mną wiara w strachu cofa się pierzchliwym,
Duch mroczy się, wzrok mąci, głos sumienia ścicha,
I nawet twoja niczym nie zwalczona pycha
Przed moich burz namiętnym płaszczy się przypływem.
Próżno wyciągasz dłonie do słońc ideału,
I próżno chcesz mnie zwalczyć swoimi anioły,
Głąb moja cię uniesie, wrzącą falą szału,
Choć unikniesz rozbicia przez inne żywioły.
Próżno rozum twój, cnota, wola nieugięta,
Pragną ująć mię w karby...Próżno wstyd surowy,
Jak ów mocarz ocean, chce mnie zakuć w pęta,
Ja pozrywam twe mosty, strząsnę swe okowy.
Żywioł mój wiecznie twymi będzie grzmieć klęskami...
Choćbyś za niezliczone gniewny nań zniszczenia,
Chciał mnie, jak Kserkres morze, poskramiać rózgami...
Naiwny władco świata! Królu wszechstworzenia!"
Gdy naród szemrał, że w niedoli żyje,
Łaknąc Wolności, i gdy go kąsały
Buntowniczości płomieniste żmije,
Na które srodze lud zaniemógł cały:
Wówczas mu węża upletli wodzowie
Z rzemienia, z skóry surowców, trwałej.
I wznieśli w górze ponad rzeszą szarą,
By wciąż nad sobą czuli go mężowie...
A kto na węża tego spojrzał z wiarą -
Cudownie przez to wnet odzyskiwał zdrowie...
Kędy zmierzasz? gdzie pędzisz w burzliwym porywie
Potęgo niezgłębiona, bezbożny przypływie
Żywiołu tajemnego, co wzbiera nam w łonie
I tętni w pulsach serca?!...
O Falo spieniona,
Ciemna, ślepa, namiętna, wzbierająca szałem,
Ty huczysz, tętnisz, kipisz i o nasze skronie
Uderzając, zalewasz, mącąc się, nam łona -
Mózg - i serca - i oczy, i dymiącym wałem,
Nas - rozbitków do Ducha płynących krainy -
Porywasz - i kołysząc, miotasz rozszalała,
I dziko pchasz ku gromom, albo rwiesz w głębiny,
I rzucasz nas złowrogo na kobiece ciała,
Raniąc, jak o głaz ostry, o ich kształt omdlały...
Więc chwytamy się ciał tych - w krwawej Rozbić Nocy,
I garniemy się do nich - jak do nagiej skały,
ratunku nie znajdujem - i bez sił, w niemocy -
Opadamy z rozpaczą!...
A ty rwiesz bez końca -
Rozlewasz się kotłujesz, kipisz i kipiąca
Znów zewsząd nas ogarniasz w rozhukanym pędzie
I miotając, w rozwarte niesiesz znów otchłanie,
I rozbijasz nareszcie o swych skał krawędzie -
- O miłości! Rozpaczy! Szaleństwa Obłędzie!
Nurcie Wiecznych Pożądań! Krwawy Oceanie!